niedziela, 17 września 2017

RZĘSY JAK MARZENIE? PIERRE RENE LASH BALM czyli balsam do rzęs z rodzimego podwórka...

Długie rzęsy to marzenie wielu z nas. Niestety z moich obserwacji wynika, że natura przekornie obdarzyła zdecydowanie większą ilość mężczyzn w rzęsy jak firanki niż kobiet.
Odżywek do rzęs na rynku jest aż od zatrzęsienia... teraz szczególną popularnością cieszą się wszelkie "stymulatory wzrostu". Niestety zawierają najczęściej w swoim składzie bimatoporost lub jego pochodne... więc ja niestety ale ślicznie dziękuję i odkładam je na sklepową półeczkę. 

W zeszłym miesiącu za niecałe 15 zł zakupiłam sobie balsam do rzęs firmy pierre rene.
Zawiera on w swoim składzie biotinoyl tripeptide-1, który ma obudowywać i regenerować rzęsy. Ponadto producent zapewnia, że preparat ten ma w sobie 3 właściwości - serum odbudowującego, aktywatora wzrostu i bazy pod tusz.

Używam go od jakichś trzech tygodni (niestety zdarza mi się  czasem zapominać o wieczornej aplikacji) i widzę już delikatne efekty. Rzęsy się fajnie wzmocniły i może nawet troszkę wydłużyły. Bardzo fajnie sprawuje się także jako baza pod tusz - zagęszczając i wydłużając wizualnie rzęsy.

Myślę, że jest to fajny, niedrogi produkt wart wypróbowania.


piątek, 28 października 2016

http://zwlasnegoniedoswiadczenia.blogspot.com

Od pewnego czasu jestem mamą na pełny etat. Niestety kosmetyki zeszły na drugi plan. Teraz liczą się zupełnie inne rzeczy. Nie wiem, czy w tym blogu będę umieszczać jeszcze jakieś nowe posty. Ponieważ zaczął się tutaj robić taki trochę "misz-masz" postanowiłam otworzyć nowego bloga, poświęconego macierzyństwu, rodzinie i nie tylko. Serdecznie Was zapraszam na http://zwlasnegoniedoswiadczenia.blogspot.com

niedziela, 3 lipca 2016

MÓJ PORÓD CZYLI WRAŻENIA Z PORODÓWKI

Ponieważ w sieci można przeczytać wiele mrożących krew w żyłach opowieści rodzących kobiet, postanowiłam Wam opisać historię swojego porodu - tak chyba ku pokrzepieniu serc oczekujących na tą chwilę przyszłych mam:).
Zacznę od tego, że był to mój pierwszy poród.
Do szpitala zgłosiłam się koło 4.30 nad ranem bo dostałam krwawienia (objaw rozwieranie szyjki) i odczuwalam pobolewania brzucha takie, jak przy okresie (chociaż te pobolewania były nieregularne od 1-3 w ciągu godziny). W każdym razie po konsultacji telefonicznej z lekarzem prowadzącym przejechalam na izbę przyjęć. Tam zostałam zbadana i okazało się, że mam już 5 cm rozwarcia... więc zostaję rodzić... Zabrano mnie trakt porodowy i tam przeleżałam do  8... W tzw. międzyczasie zrobiono mi ktg, w którym nie zapisały się niestety żadne skurcze...  Słyszałam jak już mi szukano miejsca na sali przedporodowej bo pierwsza ciąża, brak czynności skurczowej, brak jęczenia i krzyków... czyli kobita jeszcze nie rodzi... Przyszedł jednak lekarz i mnie zbadał a tu 8 cm rozwarcia... Wszyscy byli w szoku... Położna dopytywała czy nic mnie nie boli... - nie bolało... pobolewalo trochę czasem jak przy okresie... Znowu mi podłączono ktg i znowu  "skurczowa cisza". Pan Doktor z dyżuru zadecydował, że podadzą mi oksytocynę... i tak też się stało... koło godziny 10 zaczęłam odczuwać pierwsze skurcze... były bolesne ale do zniesienia... mogłam bujać się n piłce a to naprawdę pomagało... Poszłam też pod prysznic i tam też bujalam się na piłce i polewalam sobie brzuch ciepła wodą... Koło godziny 11 dostałam już naprawdę bolesnych skurczy, szyjka byla rozwarte na 9 cm i został jej koniuszek, mały zaczął się wstawiać do kanału rodnego i to był najbardziej bolesny moment w moim porodzie... ponieważ nie odeszły mi wody to lekarz przebił pęcherz płodowy i... dalej czekaliśmy na pełne rozwarcie... W tym czasie nie wolno mi było przeć  chociaż  czułam już taką chęć... Skurcze parte nie były już tak bolesne jak te przy końcówce rozwierania się szyjki i niestety u mnie wygasały więc podkręcono mi oksytocynę... Moje dziecko przyszło na świat o godzinie 13 :)... Prawdziwych boleści doświadczyłam przez jakieś 2-3 godziny.
Nie obeszło się niestety bez tzw. "ochrony krocza" i zostałam nacięta. Nacięcie nie bolało mnie wcale. Szycie już trochę odczuwalam ale też nie mogę powiedzieć, że bolalo. Po mniej więcej 3 godzinach od porodu już byłam na nogach:). Przy wstawaniu asystowała mi położna. Proponowano mi też środki przeciwbólowe ale podziekowalam bo nie widziałam takiej potrzeby. Obkurczanie macicy nie bolało mnie wcale. Muszę przyznać, że w szpitalu, w którym rodzilam, opieka na kobietami w czasie i po porodzie była naprawdę rewelacyjna. Oczywiście mogłabym narzekać na pewne rzeczy np. moj poród oglądało z 7 osób (łącznie z położną i lekarzem) ale nie przeszkadzało mi to wcale (no może prawie wcale bo zawsze byłam dwukrotnie badana - przez lekarza dyżurujacego i lekarza rezydenta a te badania w czasie porodu delikatne nie były).
Wiem, że gdybym miała zdecydować się na kolejne dziecko to rozważałabym znieczulenie zewnątrzoponowe.  Wolałbym też uniknąć powtórnego nacinania bo niestety jest to jednak zawsze cięcie chirurgiczne i w pierwszej dobie po porodzie siadanie bywa problematyczne:). Także kobietki, które oczekujecie na swój pierwszy poród siłami natury - głowa do góry i nastawcie się pozytywnie! Nie czytajcie tych wszystkich strasznych opinii w internecie! Uwierzcie w siebie i słuchajcie swojego ciała. Słuchajcie też położnej bo ona więc jak poprowadzić poród tak, żeby trwało to jak najkrócej! Trzymam za Was kciuki! 


sobota, 2 kwietnia 2016

NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY CZYLI CUKRZYCA CIĄŻOWA...

Kiedy odebrałam wyniki swojej krzywej cukrowej, to w całej swojej naiwności myślałam, że cierpię na nietolerancję cukrów ... ufff....
Niestety "google" szybko rozwiał moje wątpliwości i postawił jednoznaczną diagnozę - cukrzyca ciążowa.
Cukier na czczo piękny, po godzinie bardzo ładny a po dwóch - przekroczony o jedną jednostkę... (norma do 152 a u mnie 153 mg/dL)
W podświadomości szybki bunt i wyrzuty, że to na pewno wszystko przez to, że na pomiar weszłam ok. 5 minut wcześniej bo już ledwo siedziałam w tej poczekalni...
W głowie czarne myśli - strach przed dieta (jak ja odstawię słodycze, soki, płatki itp.?), przed insuliną, przed kłuciem placów, przed tymi wadami rozwojowymi o których huczą w internecie...

Telefoniczna konsultacja z ginekologiem i skierowanie do diabetologa.
Wizyta prywatna - ponad 40 minut tłumaczenia co wolno, a czego nie (chociaż muszę przyznać, że sporo już zdążyłam wyczytać - ach te internety...).
Dostałam glukometr - one touch select mini i zaświadczenie o cukrzycy, dzięki czemu lekarz rodzinny wystawił mi receptę na refundowane paski.
Diabetolog odradził powtórkę OGTT ze względu na to, że podobno obciąża trzustkę.
Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z diagnozą i zacząć dietę.

Pierwszy tydzień, dwa dostałam na tzw. "naukę". Wszystkie rady wzięłam sobie do serca i przeszłam na dosyć restrykcyjną dietę. Odstawiłam wszystkie cukry proste. Zostały mi tylko warzywa, białko i węglowodany złożone - kasze, brązowy ryż i brązowy makaron. Dla mojego żołądka taka dieta okazała się być niezłą rewolucją.
Cukry trzymałam w ryzach - czyli mniej niż 120 mg/dL w godzinę po posiłkach ale spożywana surowizna trochę nadwyrężała i tak wątły po kilkunastotygodniowych mdłościach żołądek. Zjadłam więc krupniczek mamusi, po którym glukometr pokazał 148 mg/dL. Szok i strach, że szkodzę dziecku...

Teraz jeszcze jedna ważna rzecz - chociaż dostałam glukometr od diabetologa, to niestety początkowo nie miałam do niego pasków. Rodzinnego lekarza miałam w przychodni oddalonej o jakies 30 km od miejsca zamieszkania (ale niestety w gminie sąsiedniej więc bez zmiany lekarza rodzinnego nie mogłam skorzystać z wizyty u innego). Ponieważ jakiś czas temu nietolerancję cukrów miał stwierdzoną ojczulek, to jak się okazało, dysponował całym niezbędnym sprzętem tj. glukometrem z paskami.
W taki sposób stałam się posiadaczką pożyczonego glukometru i to na nim przez pierwsze 4 tygodnie dokonywałam pomiarów.

Jak już pisalam - dieta była dosyć restrykcyjna. Nie byłam głodna ale byłam sfrustrowana bo ileż można jeść zieleniny? Poza tym brakowało mi już pomysłów na dania. Przekroczenia się zdarzały i bałam się, że dostanę insulinę.
Diabetolog na wizycie po 2 tyg orzekła jednak, że cukry dobre, dietę mam trzymać dalej i jak nie zaczną mi skakać wskazania glukometru to mam się pojawić dopiero pod koniec ciąży - gdzieś w 36 tyg.

W tzw. międzyczasie zalatwiłam sobie paski do mojego one touch select mini i...?
I zglupiałam. Jeśli macie w dłoni dwa glukometry to oczywistą staje się pokusa badania się nimi równolegle... I te pomiary niestety mocno się między sobą różniły.
Pożyczony pokazywał wyniki o 15-30 jednostek wyższe.  Spora różnica.
Dziewczyny z forum  ciążowego i ojczulek poradzili przetestować glukometry w laboratorium i tak też zrobilam.
Wynik badania na czczo z laboratorium wyszedł - 69 mg/dL, one touch select mini wskazał 72 mg/dL a pożyczony - 87 mg/dL ( czyli 18 jednostek więcej).
Postanowiłam więc używać glukometru od diabetologa i już nie eksperymentować. Niestety pokusy bywają silniejsze niż zdrowy rozsądek i u ojczulka dorwałam jeszcze inny, już trzecie glukometr, który pokazywał wyniki jeszcze niższe niż one touch select mini. Dałam sobie spokój z tym mierzeniem na kilka frontów, ale przetestowanie glukometru w laboratorium polecam - szczególnie jeśli pomiary wydają się być wątpliwe.

Trzeba pamietac, że glukometr nie jest narzędziem diagnostycznym a poglądowym.
Mierzy stężenie glukozy we krwi włośniczkowej i kalibruje na osocze (czyli sam sobie przelicza na stężenie glukozy zbliżone do tego we krwi żylnej). Nie są to urządzenia precyzyjne i dopuszczalna jest dla nich tolerancja błędu rzędu +/- 20%.
Dla ciężarnych cukrzycowych, przy tak restrykcyjnej normie (godzina po posiłku mniej niż 120 mg/dL), to naprawdę dużo.

Jeszcze jakiś czas temu ten dopuszczalny poziom był nieco wyższy i wynosił 140mg/dL.  Teraz niestety trzeba mieć te 20mg/dL mniej, chociaż w krajach takich, jak  USA, Austria czy Norwegia i jeszcze kilku innych obowiązuje wciąż ten wyższy poziom.

Bardzo się cieszę, że trafilam na diabetologa, który do całego tematu podchodzi trochę... z luzem. Nie straszy, nie pcha insuliny przy niewielkich przekroczeniach, nie nakazał pomiarów ketonów/acetonu w porannym moczu, nie kazał mierzyć hemoglobiny glikowanej, czy np. liczyć wymienników węglowodanowych itp.
Dlaczego? Bo cała ta "histeria" wokół cukrzycy ciężarnych wydaje mi się być trochę sztucznie rozdmuchana.

Przed 2014 r., w naszym pięknym kraju obowiązywały jeszcze inne normy dla testu OGTT - po 2 godzinach poziom, przy którym już diagnozowano cukrzycę ciężarnych, wynosił 140 mg/dL, czyli był o całe 12 jednostek mniejszy niż obecnie. Sporo kobiet z wówczas zdiagnozowana cukrzycą ciężarnych, według dzisiejszych wytycznych, było po prostu zdrowych. A ilu z nich być może aplikowano insulinę jeśli nie trzymały diety?
Dlatego jak we wszystkim - tak i w tej słodkiej przypadłości trzeba zachować zdrowy rozsądek.

No ale od tego już mamy lekarzy.

Dzisiaj, z perspektywy czasu widzę pewne plusy "zapadnięcia na tą całą cukrzycę ciężarnych". Po pierwsze - zaczęłam się zdrowo odżywiać. Dieta, którą się zaleca cukrzycowym ciężarnym to po prostu dieta, którą powinien stosować każdy czlowiek - jak najmniej pustych kalorii z produktów dosładzanych i przetworzonych, za to dużo warzyw i produktów pełnoziarnistych.
Po drugie - chociaż początki diety były burzliwe dla żołądka, to zmiana żywienia pozbawiła mnie zaparć, które naprawdę nieźle dawały mi się już we znaki.
Po trzecie - na tej diecie naprawdę ciężko przytyć więc szybszy powrót do figury sprzed ciąży murowany:).

Jeśli więc i którejś z Was wynik testu OGTT popsuł trochę radość oczekiwania na malucha to głowa do góry! Nie jest to tak straszne, jak może wyglądać na początku!


czwartek, 31 marca 2016

WYPRAWKA DO SZPITLA DLA MAMY I DZIECKA czyli Pola szykuje się do porodu...

Zacznę od wytłumaczenia się odnośnie mojej trochę przydługiej przerwy w blogowaniu...
Niedługo zostanę mamą. Ponieważ moja ciąża do najłatwiejszych nie należała i na większość ciażowych tygodni położyła mnie do łóżka... niemożność tworzenia postów stała się niestety rzeczą oczywistą....

Dzisiaj pierwszy post z cyklu "ciążowych". Przedstawię Wam w nim swoje spojrzenie na szpitalną wyprawkę dla mamy i malucha. Wiem, że w sieci już jest tego typu spisów "co ze sobą warto zabrać" całkiem sporo... ale może moje "świeże" spojrzenie przyda się którejś z przyszłych mam. Poza tym mam za sobą już tygodniowy pobyt w szpitalu, więc zdążyłam się już trochę rozeznać w szpitalnych "zwyczajach".

Od razu wyjaśnię, że nie sugeruję się dostępną na stronie szpitala listą (co poleca większość przyszłych mam), ponieważ wiem, że życie lubi zaskakiwać i wolę być przygotowana na wszelką ewentualność  tj. na przykład - na odesłanie do innej placówki, w której lista rzeczy wskazanych do porodu może być zupełnie inna.

Niektóre rzeczy biorę być może trochę na wyrost... ale wolę czuć się bezpiecznie i nie ganiać później męża w gorączkowym poszukiwaniu np. laktatora czy osłonek na brodawki sutkowe...

Inne rzeczy będą czekać w domu, zapakowane w woreczki itp., żeby w razie czego mąż szybko odnalazł wszystko, co potrzeba i podrzucił, jeśli zaistnieje taka potrzeba.
Wiem, co piszę. Nieoczekiwany pobyt w szpitalu sprawił, że już wiem jak  ważna jest  właściwa organizacja. Inaczej czekają nas długie rozmowy telefoniczne z instruktażem, gdzie czego szukać i jak to wygląda: ).

ZWERYFIKOWANA PO PORODZIE LISTA DOSTĘPNA JEST TUTAJ





DLA MAMY


  • Dokumentacja i wyniki badań  
  1. Dowód osobisty, dokumentacja medyczna z okresu ciąży, grupa krwi (oryginał)
  2. Ja zabieram  ze sobą również moj "dzienniczek pomiarów cukru"  ze względu na cukrzycę ciążową.

  • Artykuły kosmetyczne i higieniczne:
  1. Podkłady poporodowe - ja wybrałam podkłady firmy bella i aborygen, zabieram ze sobą 2 opakowania czyli łącznie 20 szt. 
  2. Podkłady zabezpieczające na łożko itp. - kupiłam podkłady firmy seni w rozmiarze 90x60 oraz opakowanie biedronkowych podkładów do przewijania dzieci w rozmiarze 60x60. Moj szpital ich nie wymaga ale wolę zabrać ze sobą. Jeśli okażą się zbędne, to mąż zaraz po porodzie je zabierze.
  3. Kilka zwykłych podpasek w dużym rozmiarze nocnym  (nie wiem czy się przydadzą, ale nie zajmują zbyt wiele miejsca a może użyję ich w dniu wyjścia)
  4. Majtki siateczkowe (zabieram ze sobą również majtki bawełniane)
  5. Wkładki laktacyjne
  6. Kosmetyki - szczoteczka i pasta do zębów, żel pod prysznic, chusteczki do demakijazu (do odświeżania twarzy), woda termalna, szampon i suchy szampon do włosów, antyperspirant, kilka próbek z podkładem, korektor, miniaturka tuszu do rzęs (być może nic z tego nie użyje ale chcę mieć przy sobie), jednorazowe golarki, kilka patyczków do uszu i płatków kosmetycznych, szczotka do włosów, chusteczki do higieny intymnej. Wszystko zapakowane w jedną kosmetyczkę.
  7. Maść do brodawek - bepanthen.
  8. Nakładki higieniczne na sedes - tutaj komentarz chyba nie jest potrzebny :)
  9. Tantum rosa do pielęgnacji krocza po porodzie. 

  • Odzież:
  1. Szlafrok - ja wybrałam cienki, bawełniany
  2. Koszule do karmienia - 2 szt., rozpinane z przodu, w ciemnym kolorze. Powiem Wam szczerze, że nie rozumiem tego trendu szycia jasnych koszul dla matek karmiących - bałabym się w nie odziać podczas zwykłego okresu a co dopiero w czasie połogu. 
  3. Ciemna koszula do porodu - wygrzebana gdzieś z szafy i przeznaczona na tzw. "zmarnowanie"
  4. Bielizna (majtki bawełniane, biustonosze do karmienia 2 szt., skarpetki)
  5. Klapki pod prysznic i jakieś do chodzenia po oddziale 
  6. Ręczniki. Ja osobiście polecam te szybkoschnące - sportowe z mikrofibry. W szpitalu ciężko jest wysuszyć ręcznik bo najzwyczajniej w świecie nie ma go na czym rozwiesić.
  7. Odzież na wyjście - wolę mieć przygotowaną już wcześniej 

  • Inne:
  1. Kubek, talerzyk, sztućce. Tak, sztućce trzeba koniecznie mieć swoje bo inaczej czeka nas głodówka.
  2. Glukometr (z powodu wspomnianej cukrzycy ciążowej)
  3. Woda mineralna
  4. Landrynki, cukierki itp
  5. Ręczny laktator - wybrałam canpol easy start. Długo się zastanawiałam nad tym, czy go w ogóle kupować na obecnym etapie ciąży. Stwierdziłam jednak, że będę się czuła bezpieczniej w razie wystąpienia nawału a później może z czasem się przyda jeśli będę chciała (lub musiała) wyjść bez dziecka a będę chciała (i mogła) karmić piersią.
  6. Butelka do karmienia (u mnie dostępna w zestawie z laktatorem)
  7. Silikonowe nakładki ochronne na brodawki. Może zbędny gadżet ale jak wyżej - biorę dla poczucia bezpieczeństwa.
  8. Papier toaletowy. Serio. Ja biorę przynajmniej ze 2 rolki. Po pobycie w szpitalu już wiem, że to rzecz niezbędna.
  9. Ręczniki kuchenne jednorazowe. Niezastąpione podobno do utrzymania higieny krocza. Przydają się też w wielu innych sytuacjach i idą "jak woda". Zabieram ze sobą 1 szt. W razie potrzeby mąż dowiezie kolejną.
  10. Opcjonalnie mała ściereczka kuchenna do wycierania sztućców, czy rozłożenia na nogach w czasie posiłków bo jedzenie z wielkiej tacy, z łóżka bywa naprawdę trudne i często kończy się brudzeniem wszystkiego dookoła.
  11. Mydło. W moim szpitalu w toalecie uzupełniali mydło (w łazience już nie). Każda z nas miała jednak swoje. 
  12. Telefon, ładowarka, książka, krzyżówki i inne czasoumilacze (szczególnie jeśli wiecie, że czeka Was cesarka lub wywołanie porodu i w szpitalu spedzicie dzień lub dwa więcej).
  13. Jeśli musicie do szpitala zglosic się wcześniej to przydadzą się dodatkowe sztuki odzieży i bielizny. 



 DLA DZIECKA

  • Artykuły higieniczne
  1. Pieluszki w rozmiarze newborn - ja wybrałam biedronkowe pieluszki marki Dada. Być może dokupię jeszcze pampersy tak na wszelki wypadek, gdyby któraś marka nie sprawdziła się i np. uczulała dziecko.
  2. Pieluszki tetrowe i bawełniane - po 2 szt.
  3. Chusteczki nawilżane - również Dada
  4. Kilka płatków kosmetycznych i patyczków do uszu 
  5. W razie konieczności zastosowania czegoś na pupę biorę już wcześniej wspomniany bepanthen.

  • Inne

  1. Smoczek - wiem, że podobno w niektórych szpitalach położone gonią za używanie smoczków ale wolę mieć na wszelki wypadek jedną sztukę ze sobą.
  2. Szczoteczka do włosków.

  • Odzież
  1. Odzież zapakowałam w "zestawy" (tak żeby później w nerwach nie szukać ubranek) i każdy zestaw umieściłam w osobnym woreczku. Woreczki podpisałam i oznaczyłam rozmiarem 56 lub 62.Takich zestawów wezmę  4-6 po 2 -3 zestawy dla każdego rozmiaru. Reszta zostanie posegregowana w domu i w razie potrzeby mąż dowiezie. Liczę na to, że przed porodem USG mniej więcej pokaże jakiej wielkości malucha się spodziewać. Poza tym po porodzie w razie czego mąż zabierze ubranka w niewłaściwym rozmiarze. U mnie ze względu na to, że torbę spakowałam już w 33 tyg bo istnieje ryzyko porodu wcześniejszego ubranka są w dwóch rozmiarach. Jeśli spodziewacie się sporego malucha z rozmiaru 56 możecie spokojnie zrezygnować. 
  2. Kocyk i rożek.

Tylko tyle albo aż tyle.
Rzeczy pakuję do dwóch toreb. Właściwie to do walizki i torby. Panie salowe z uporem maniaka myjac podlogi, czyszczą nam od razu mopem torby. Te na kółkach są łatwiejsze do przesuwania i można je łatwo postawić więc nie są tak gorliwie moczone. Do torby zapakowalam wszystkie artykuły higieniczne typu podkłady, pieluchy itp. W szpitalu przelożę je do szafki a jeśli coś okaże się zbędne to mąż od razu po porodzie zabierze.

W domu również przygotowałam rzeczy na "dowiezienie". Wszystko umieściłam w jednym pudełku żeby było łatwiej znaleźć. Ciuszki posegregowałam w zestawy i spakowałam w woreczki podpisane rozmiarem. Wszystko już uprawne i uprasowane. Mężczyznom ciężko się odnaleźć później w tej mnogości fasonów - body, spiochy, pajacyk, kaftaniki itp.  dlatego warto tego typu rzeczy wcześniej przygotować.

Jeśli macie jeszcze jakieś sugestie, co warto zabrać że sobą na porodówkę to piszcie śmiało!