poniedziałek, 21 kwietnia 2014

SZTUKA PROSTOTY CZYLI... CZY MINIMALIZM MA SENS?

Na "Sztukę prostoty" Dominique Loreau natrafiłam przez zupełny przypadek (znalazła się w stercie książek ofiarowanych mi przez moją siostrę). Ponieważ w internecie krąży już chyba  z milion recenzji tejże pozycji (zresztą skrajnie różnych), postanowiłam ją przeczytać i wyrobić sobie swoją własną opinię co do zawartości.




Jeśli chodzi o treść zawartą  w książce,  to niestety momentami odnoszę wrażenie, że autorka trochę zapomniała tutaj o zasadzie, którą radzi nam - czytelnikom- kultywować, czyli o owym minimalizmie. Zbyt wiele słów ubiera jedno, proste przesłanie - nie zagracaj swojej rzeczywistości niepotrzebnymi przedmiotami. Z drugiej strony, być może stosowanie takich "powtórzeń tego samego" ma jakiś głębszy sens i sprawia, że po lekturze "coś" jednak zostaje nam w głowie? Nie wiem... Wiem jednak, że ogólne przesłanie tego "poradnika" (bo myślę, że jest to taki właśnie poradnik z serii - jak żyć szczęśliwie?) do mnie osobiście trafia. Mam za dużo różnych bzdetów, które dezorganizują moje życie i czynią je mniej poukładanym. Nie sposób więc, nie zgodzić się z Dominique w jednej kwestii - prostota, minimalizm, stawianie na jakość a nie na ilość, to rzadkość w dzisiejszym, ogarniętym konsumpcjonizmem i tanią chińszczyzną światem. Gromadzimy przedmioty, które w zasadzie nie są nam do niczego potrzebne, gonimy za zmieniającymi się co sezon trendami i modą, nabywamy, upychamy po kątach i zagracamy swoją przestrzeń.
Bardzo spodobało mi się, przytoczone w książce, porównanie ilości posiadanych przez różne narodowości rzeczy, które obrazuje ile tak naprawdę potrzebujemy by "żyć", a ile to właściwie zbędny balast. I tak na przykład - przeciętny obywatel Mongolii posiada ok 300 przedmiotów, Japończyk (a przecież oni słyną z minimalistycznego podejścia do świata) ok. 6000 przedmiotów. A ile rzeczy posiadamy my Europejczycy? Ja na pewno posiadam ich coś ok. 20000 (a może nawet i więcej?).
Trafia do mnie również rada, że człowiek powinien mieć tyle, ile jest  w stanie spakować do dwóch, trzech walizek i móc wyruszyć z tym w świat, ponieważ to czyni nas wolnymi (chociaż sama ilość walizek zwiększyłabym do co najmniej 5:). Coś w tym jednak jest, że rzeczy przywiązują nas do miejsca, w którym przebywamy.

Sama (bez pomocy Dominique) odkryłam również, już jakiś czas temu, że kupuję za dużo rzeczy. Mam jakieś 11 podkładów do twarzy, 7 róży do policzków, z 15 kredek do oczu, ze 30 cieni do powiek, 3 tusze do rzęs, jakieś 25 błyszczyków i coś koło 50 lakierów do paznokci.  Łączna wartość tych rzeczy to pewnie jakieś 2000-2500 zł. A przecież ponad połowy z nich nawet nie używam. Czy nie lepiej więc było zamiast tych 11 podkładów kupić sobie jeden droższy? Albo i nawet nie... ale po prostu zostać przy jednej sztuce? Wszystkie te kosmetyki muszę gdzieś pomieścić, poupychać i codziennie rano zastanawiam się czego użyć. Potem, kiedy przeterminowane wyrzucam do kosza, mam trochę wyrzuty sumienia, że wyrzucam swoje ciężko zarobione pieniądze. Kiedy myślę o przeprowadzce (gdziekolwiek) to robi mi się słabo na myśl o samym pakowaniu. Prawdą jest więc, że większość z nas nieustannie ulega pokusom czyhającym na nas w sklepach i w koszyku lądują rzeczy nam zupełnie niepotrzebne, które potem zagracają naszą przestrzeń. Tylko jak się przed tym bronić?
Tutaj z pomocą przychodzi nam Dominique, która uważa, że powinniśmy nauczyć się dobrze odczytywać nasze potrzeby i inwestować  w rzeczy drogie, markowe, niepowtarzalne i nie szczędzić na nie grosza. Z tym jednak nie mogę się zgodzić. Myślę, że kupno np. designerskiej torby za kilka tysięcy złotych (co doradza Loreau) czy też mebla za kilkanaście tysięcy  nie jest żadną inwestycją (jak twierdzi autorka). Mało tego... wątpię, że wystarczą nam one na lata (chyba, że torba przeleży na dnie szafy a mebel zostawimy w folii).  Rzeczy mają to do siebie, że się niszczą... i to bez względu na to ile kosztowały. Oczywiście zdarza się, że niektóre rzeczy niszczą się wolniej ale w tym przypadku cena wcale nie jest gwarancją. Jeśli chodzi np. o taką wcześniej wspomnianą torbę, to moim zdaniem wystarczy po prostu kupić sobie jedną skórzaną torebkę i ponosić ją przez 2, 3 lata  zamiast kilku z materiału skóropodobnego, które będziemy wymieniać co sezon. Wszystko jednak zależy od naszych możliwości finansowych a to Dominique zdaje się w swych radach przemilczać. Momentami, niestety  "Sztuka prostoty" trąci dla mnie snobizmem a ja nie uważam, że drogo znaczy lepiej. Oczywiście, za jakość trzeba zapłacić... ale we wszystkim trzeba znaleźć zdrowy rozsądek. Jeśli miałabym zbierać latami na piękną włoską kanapę do mieszkania (co nam radzi autorka) zamiast kupić tą, na którą mnie stać... to mam wrażenie, że również stałabym się niewolnikiem tego przedmiotu i chęci jego posiadania. A do czasu uskładania na ten ideał kanapowy miałabym siedzieć na materacu? Myślę, że to jeszcze bardziej dezorganizowałoby moją przestrzeń.

W "Sztuce prostoty" możemy odnaleźć także rady dotyczące ciała, urody i zdrowia. Są to bardzo ogólne wiadomości, wszystkim nam już bardzo dobrze znane - jedz mniej, wybieraj żywność nieprzetworzoną i używaj naturalnych produktów do pielęgnacji ciała. No i to ostatnie mnie trochę dziwi, bo autorka mówiąc o naturalnych produktach pielęgnacyjnych ma na myśli... (kto zgadnie?)...otóż dla Dominique podstawowym "kosmetykiem pielęgnacyjnym" jest oliwa z oliwek. Mało tego, jej zdaniem pół łyżeczki od herbaty tegoż specyfiku wystarcza na masaż całego ciała...? Ja mam wrażenie, że nie wystarczyłoby mi to nawet na dłonie... Poza tym, że oliwę powinniśmy wsmarowywać  w ciało, w twarz, we włosy w paznokcie... powinniśmy ją także spożywać codziennie. Codziennie powinniśmy wykonywać także masaż całego ciała szczotką z (uwaga!) sierści dzika...
Autorka zaleca nam również... post... wyliczając przy tym stopnie głodu... a także wspomina o dobroczynnym działaniu lewatywy. Oczywiście na wstępie Dominique ostrzega, że nie są to rady dla wszystkich, a ona nie jest lekarzem i przezornie radzi się najpierw z nim skonsultować. Sprytnie.

Zdaniem autorki kobieta zadbana to kobieta dobrze, schludnie ubrana z zadbanymi włosami (rada: chodźcie często do fryzjera) i odpowiednim makijażem (odpowiednim znaczy - kropelka podkładu wmasowana pod oczy, na nos i brodę... mhm...). No tak... a co z kobietami, które mają mniej doskonałą cerę? Jak dbać o ciało zdaniem autorki? Nie trzeba na to wydawać fortuny a ćwiczyć możemy same w domu. Najpierw warto jednak udać się na siłownię i podpatrzeć jak ćwiczyć. Tak samo z manicurem.... autorka radzi go wykonywać w domu... żeby jednak posiąść wiedzę jak to wykonać warto kilka razy skorzystać z usług profesjonalnej manicurzystki. Proste?

Momentami odnosi się wrażenie, że książka i prezentowane w niej rady nie dość, że są tendencyjne, to jeszcze nie są spójne. Pozycja ta powstała jednak (jak sama Loreau wyjaśnia) z zapisków powstałych na przestrzeni jej 26 lat spędzonych w Japonii, co może wiele wyjaśniać. Czyta się ją szybko. Ot, takie czytadło na jeden wieczór. Nie jest to z pewnością książka do której jeszcze wrócę.

W poradach autorstwa Loreau, widać bardzo duży wpływ kultury wschodu, co dla nas Europejczyków jest mało zrozumiałe i momentami jednak szokujące. Japończycy są bardzo zdyscyplinowanym narodem, pracowitym i obowiązkowym. My, Europejczycy jesteśmy bardziej wyzwoleni, nie lubimy sobie nic narzucać i chcemy żyć jak najlżej i najwygodniej. Ciężko nam zrozumieć pewne wschodnie "oczywistości" i przekonania. Jest jednak pewna prawda ogólna, która nas łączy a którą moim zdaniem Dominique ładnie ubrała w słowa:

"Wzbogacaj raczej swoje ciało we wrażenia, serce w uczucia, a umysł w wiedzę niż swoje życie w przedmioty".

I myślę sobie, że to jest dobra rada na koniec. Pamiętajmy, że jesteśmy kimś nie przez to, co posiadamy a tylko i wyłącznie dzięki temu, co mamy w głowach i w sercach. Tak po prostu.

Podsumowując - myślę, że  we wszystkim warto zachować umiar. I nie jest to żadna nowość a zasada stara jak świat. Ja na pewno postaram się bardziej kontrolować swoje wydatki i stan posiadanych przeze mnie rzeczy. Na pewno muszę ograniczyć ilość kupowanych kosmetyków. Jeden podkład, dwa róże, bronzer, puder. tusz do rzęs, 4-6 cieni do powiek, dwie kredki do oczu i 2-3 błyszczyki do ust w zupełności mi wystarczą. Tak samo muszę przeorganizować swoją szafę i rozstać się z ciuchami sprzed 7,8 lat  i sprzed dziesięciu kilo mniej. Do tego muszę wyrobić w sobie nawyk kupowania rzeczy przemyślanych i przydatnych. A o śmieciowym, przetworzonym jedzeniu już nie wspomnę. Niech mi ktoś tylko powie, dlaczego chipsy smakują tak dobrze?



4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Hej, bardzo przyjemny blog :)
Zapraszam do mnie, od niedawna zaczęłam prowadzić swojego bloga. Może coś Ci się spodoba :
kassfit.bloog.pl

Panna E. pisze...

Intryguje mnie ta książka. Czytałam już na jej temat tyle recenzji, że chyba w końcu się na nią skuszę... :) Sama już od dawna staram się nie kumulować zbędnych rzeczy. Nie lubię marnować pieniędzy, ale też zasada z kupowaniem przesadnie drogich przedmiotów pod przykrywką wieloletniej inwestycji wydaje mi się zbyt wydumana ;)
Blog twój bardzo przypadł mi do gustu więc zostanę na dłużej i oczywiście zapraszam do siebie - uroczybalagan.blogspot.com :)

Iwona Paulina pisze...

Dziękuję za miłe słowa:)

Kasia Z. pisze...

Mi ta ksiazka bardzo sie podoba...zazwyczaj spotykam sie wlasnie z bardziej negatywnymi recenzjami,sama nie rozumiem dlaczego.Coz jest zlego w minimalizmie ? :)